Archive for January, 2007

night of treachery

Posted in design on January 23rd, 2007 by aiglon

Vaerhillises Vandrill - Night of treachery main screen

No już sie tak nie cieszcie no. Odpalamy dopiero jak skończę pisać drugiego PDFa ;-) Mam dość wołań, że są niekompletne informacje ;-)

WOŚP XV

Posted in photos on January 23rd, 2007 by aiglon

14 stycznia, Warszawa, Canon

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy widziana z okna, bo było zimno, ja się podziębiłam i miałam mnóstwo roboty. Delegatura poszła wrzucić 5 zł, ale serduszko odpadło. Gdzieś powinnam mieć zapasy z X finału, ale niestety w innym mieście. Plusy mieszkania w centrum - widać fajerwerki bez problemu.

Diana

Posted in photos on January 23rd, 2007 by aiglon

8 stycznia, Warszawa, Canon

Spotkanie polsko-australijsko-polskie i dyskusje na temat co jest tam, co jest tu i rózne ciekawe takie. Herbata, bo i trudno było dostać cos innego, ale sympatyczna, mimo, że knajpa miała walory nieodkryte wcześniej i nie wpisane do menu. Powtórka idzie już niedługo.

to work

Posted in photos on January 23rd, 2007 by aiglon

8 stycznia, Warszawa, Canon

W drodze do pracy dzikie wywijasy z drwalami i spory na temat architektury ludzkiego organizmu w czasie lektury. Ostatni dzień zrywania się do tramwaju i ostatni dzień patrzenia na zacinającą się klawiaturę. Teraz patrzę na zacinająca się myszkę. Ale własną.

changes

Posted in design on January 23rd, 2007 by aiglon

8 stycznia, Warszawa, Canon

Się byłam z pracy zwolniłam. Z różnych powodów. Teraz telefon na szczeście się urywa, mam co palić i mam z czego płacić długi, więc najważniejsze elementy egzystencji finansowej zostały zapełnione. Nawet kot ma co jeść, co nierzadko było wybitnym wyznacznikiem sukcesu - swoją drogą u niektórych jest nadal. Chwilami dziwnie sie czuję pracując 10m od łóżka, niemniej ma to swoje zasadnicze plusy. Przykłądowo pomiędzy jednym a drugim proektem w ramach natchnienia można udać się do wanny w celu wykąpania się, poleżenia i pomruczenia do siebie. Natomiast kiedy spełniony obowiązek wrzuca się na serwer, można poczytać ze świętym spokojem gazetę, za co by mnie ukrzyżowano w miejscu pracy.

game of thrones

Posted in photos on January 23rd, 2007 by aiglon

8 stycznia, Warszawa, Canon

Ciekawe czy pamiętasz bro, na kiedy się umówiliśmy? Masz nas zawlec do ciemnej dziury gdzie mnóstwo dziwnych ludzi przestawia pionki ;-)

think about it

Posted in photos on January 23rd, 2007 by aiglon

12 stycznia, Warszawa, Canon

Wyjazdy, telefony, chwila spokoju, bardzo ulotnego. Efekty gastryczne zapewnione. Show time czyli trzeba było kupić sałatę. I tak nic nie przebije sopockich specyfików. Zdaje się, że wszyscy, co narzekają, powinni się wybrać na mała degustację. Różne plany różnych znajomych. Towarzystwo osiada i spokoniee, Dziwnie jakoś czasem, ale i może dobrze. Człowiek przyzwyczaja się do pędzącego autobusu, a później na kolejnym przystanku jakoś tak markotnie. Spowolnimy jazdę.

old one

Posted in photos on January 23rd, 2007 by aiglon

12 stycznia, Warszawa, Canon

Warszawska starówka, te małe kręte uliczki. a właśnie w fazie blur mode off/shape world/on znaczy się następne soczewki. Kiedyś pewnie się okaże, że są rakotwórcze i wypadną mi oczy, ale to miło przez cały miesiąc 24h dobrze widzieć. Nawet sny mam ostrzejsze, z czego czasem cieszę się wątpliwie.

blue

Posted in design on January 23rd, 2007 by aiglon

12 stycznia, Warszawa, Canon

Warszawskie ziemniaczki na zimno z pizzy hut i parę innych atrakcji w tle. Jak na razie mam czym płacić, a est to głównie plastik. Zamyślenie spowodwane wieloma zmianami - czas pokaże, jak bardzo udanymi. Poza tym zawsze lubiłam niebieski.

Neverwinter Nights

Posted in life itself on January 2nd, 2007 by aiglon

W ramach wydania Platynowej Edycji zabrałam się porządnie za przechodzenie NVN. Grałam w to kiedyś, ale po pierwszym rozdziale i potwornie mozolnym scenariuszu dałam sobie spokój. Trzeba przyznać, że każdy, kto grał wcześniej w BG2 i odpalił NVN z nadzieją, że zobaczy ulepszoną, trójwymiarową wersję przygody z Amn, to srogo się zawiódł. Niby to miał być ukłon w stronę wszystkich modowców - sam panel MG robi wrażenie, ale twórcy zapomnieli chyba, że mody powstawały na grach kultowych, a nie na rozpaczliwie kulejących fabuła podstawek. W dodatku język engine’a w porównaniu z poprzednim starym, ale łatwym w obejściu Infinity nie pomaga nikomu.
Aurora daje możliwości grafiki i animacji o wiele płynniejszych i piękniejszych niż Infinity. Nie da się ukryć, że widoki dookoła zawsze były ładne, chociaż wymagające. Pełne 3d to mimo wszystko dobry pomysł (już przestałam być irytująco przywiązana do jednego rzutu grafiki 2d). Kiedy pierwszy raz grałam w NVN rzuciłam się na to, co było nowego. Te wszystkie klasy i podklasy - cudo. Mieszanie wszystkich klas zawodowych, w dodatku do bardzo ładnie opisanych atutów tworzy wiele możliwości. W dodatku mnogość egzotycznej broni! Traciłam podobno wiele, bo grywam tylko prostymi zbrojnymi. Podobno postaci czarujące mają jeszcze większy ubaw.
Ostrzegam jednak każdego, kto zaczyna w to grać - nie można dać się podpuścić na te sztuczki i nowości! Przy pierwszym przechodzeniu gry najlepiej obrać sobie zwykłego rąbajłe władającego długim mieczem! To, co przeżyłam próbując walczyć nawet dwoma brońmi (brak balansu w podstawce), a później podwójnym mieczem (tragiczny dostęp do magicznie ulepszonych narzędzi do zabijania), to moje. Z drugiej strony, kiedy znajdzie się już coś naprawdę fajnego do machania, okazuje się, że wysokopoziomowy paladyn nie umie używać rapiera. W ogóle.
Scenariusz podstawki kuleje potwornie. Wszystko sprowadza się do rzezi coraz to nowych stworzeń. Żeby nie było nudno, dostajemy w jednej lokacji zbuntowanych więźniów, w drugiej zgniłe trupy, w trzeciej piratów, a w czwartej oprychów. Co jakiś czas pojawiają się makabrycznie wielkie żuki, monstrualne pająki i inne kwiatki, których istnienia akurat w tym miejscu fabuła nie wyjaśnia. Kompletnie.
Szefową biednego bohatera jest wypinrzona paladynka z kompleksem mniejszości, brakiem wiary w siebie i napięciem przedmiesiączkowym. Najpierw biega się w te i we w te o jej kochanka, który służy głownie do oglądania kolejnych pergaminów i wypowiedzi “to bardzo ciekawe, zrobimy z tego użytek”, a późniejszego olania bohatera w całości. Później okazuje się, że kochanek myśli nie tą częścią ciała co trzeba, bo kumplował się z głównym zdrajcą, świnią i zbójem. My tego głównego oczywiści zabijamy, ale motłoch (jaki motłoch, wybiliśmy już wszystko, co się rusza, a reszta jest nam strasznie wdzięczna?) wiesza tego fircykowatego patałacha i paladynka wpada w histerię. Dziwne, myślałam, że paladynki są bardziej zrównoważone. Pomijam w ogóle zabieg fabularny zniechęcający do dalszej gry typu “zdobądź 4 artefakty, ale i tak dupa, bo ci je ukradną”.
Paladynka jednak się upiera, że nam zagraża niebezpieczeństwo, w fabułę wpleciony jest flirt i jakieś poważniejsze z nią rozmowy, tym razem łazi się po lesie - jak nic przypominającym przeraźliwie nudne początkowe lokacje z BG1, w poszukiwaniu Słów Mocy bodajże. Oczywiście się je znajduje i coraz dziwniejsze rzeczy nas atakują, łącznie ze smokami - ale te jakoś niechętnie. Większości nie można zabić, bo grozi to utratą dobrego charakteru - który nie jest wymagany, ale twórcy gry go pochwalają. Paladynka ma też szpiega, który zamiast szpiegować przejmuje funkcje fircyka w opowiadaniu na pytania. Sama jest zrozpaczona, ale każdy gracz BG2 jest święcie przekonany, że zaraz ulegnie i padnie w ramiona boskiemu bohaterowi. Dupa. Paladynka dostaje jakiegoś pomieszania zmysłów, niby ją porywają, niby zdradza, a później się okazuje, że w ogóle chce wszystkich zabić, łącznie z głównym bohaterem. Zaskoczenie jest spotęgowane nie fenomenalnym rozwiązaniem fabularnym, a jego głupotą.
Proponuję panom scenarzystom czerpać wiedze o kobietach z autopsji.
Teraz się idzie i zabija jeszcze więcej. Wszelkie “zagadki”, jakie się napotyka, bardziej bazują na nadziei, że gracz kupił oryginalną grę i posiada solucję, bo logicznie tego się rozwiązać nie da. Biegamy i zabijamy dalej, w końcu okazuje się, że to i tak o kant dupy, bo paladynka zebrała armię (z czego?? wszystko zostało wybite!) i idzie na słynne miasto Neverwinter. Idziemy za nią, w końcu udaje się z nią nawet porozmawiać i… zmienia zdanie - och jestem straszna, nie mogę nikogo najeżdżać…
A pomyśleć, że jakby tak gracz zmienił zdanie, to by mu zrąbali połowę punktów doświadczenia….
Końcówka, która polega na pozabijaniu wszystkiego (smętnych resztek), półbalora czy czegoś innego z bardzo fajnymi kopytkami, dwóch smoków na raz i grupki akolitów oraz czegoś piszczącego pośrodku jest absurdem do sześcianu. Dodać też trzeba, że poziom trudności przeciwników jest bardzo niezbalansowany. Raz pojawiają się tacy, na których szkoda miecza wyciągać, a tuż za rogiem animacja, która będzie wymagała mniej więcej piętnastokrotnego wczytania gry.
Tyle w kwestii głównej osi fabularnej. Questy poboczne są - nawet sporo, szkoda, że sprowadzają się tak czy siak do zabijania. Charyzma przydaje się głównie w sklepach. Perswazja zaś - o uzyskania informacji, które i tak musimy dostać. Zresztą nie ma sensu ładować w nią punktów, bo postaci kompletnie nie pamiętają, że z nami rozmawiały i można je przekonywać do bólu. W końcu będzie pozytywny wynik.
Przejście jedynki od razu uświęciłam przejściem do Shadows of Undrentide. Tutaj mnie błędy podstawowe nie raziły. Można zacząć tą przygodę zupełnie na czysto, stworzyć kompletnie nową postać, ale jednak odrzuciłam ten pomysł, mając złe wspomnienia po podstawce. Znowu uganiać się przez pół wsi, żeby znaleźć jakikolwiek sensowny miecz? O nie. Grałam zapamiętaną postacią - swoim ulubionym Tyrionem Lannisterem - postacią bardzo dobrze wyposażoną i nie zamierzałam absolutnie tworzyć go od początku. Obawiałam się, że fabuła powtórzy “sukces” podstawki, ale zostałam bardzo miło zaskoczona. Widać, że zatrudniono grupę naprawdę dobrych scenarzystów, albo też ci, którzy pracowali, dostali mocną motywację. Nawet najmniejsze questy mają bardzo dużą ilość wyjść z sytuacji, NPCe przepytują, pomagają, nakłaniają i kłamią. A rozgrywka bardziej przypomina sesję RPG niż rąbaninę do której przyzwyczailiśmy się w komputerowej odmianie.
Fabuła jest z początku podobna. Uczymy się u dziadka krasnoluda, napadają nas, kradną 4 artefakty, dziadek krasnolud jest umierający, trzeba mu przynieść lekarstwo, które całe szczęście, jest trzy kroki dalej. Jednak droga ukradzionych przedmiotów jest tak poplątana, że aż miło. Przedmioty można ukraść, kupić, zdobyć albo wydrzeć przez zastraszenie. Później niekoniecznie trzeba je oddawać dziadkowi - można je po prostu… sprzedać, albo zatrzymać dla siebie. Pojawiają się nawet wyrzuty sumienia przy obszukiwaniu skrzyń w grobowcach elfickich. Żałuję, że nie wzięłam sobie jakiegoś NPCa, ale bez kamienia przywołania (tylko w pierwszym rozdziale jest jego zamiennik), gra mogłaby przypominać makabrę.
Dalej jest tylko ciekawiej. Fenomenalny patent z czytaniem śladów, świetny patent z poszukiwaniem zaginionego przewodnika na pustyni - rozkosz po prostu. Dobrze napisane, trzymające się kupy i przede wszystkim grywalne. Balans przeciwników zbalansowany lepiej, ale ciężko mi to oceniać, bo SoU najlepiej przejść postacią od zera tworzoną. Niektóre patenty, jak świątynia wichrów czy też cała niewolniczą służba przed przypominają Twierdzę Strażnika z BG2, niemniej to tylko miła analogia, a nie skopiowany patent.
Cała przygoda jest krótka - ma w sumie te dwa czy trzy rozdziały, ale o wiele ciekawsza niż podstawka. Ratowanie dobrego imienia tytułu chyba się udało.
Właśnie rozpoczęłam Hordes of the Underdark, później czeka mnie jeszcze autorski Kingmaker. To staranne przygotowania do odpalenia NVN 2, która już leży na półce i czeka. Najpierw wypada jednak dobrze poznać poprzednika.

some things…

Posted in photos on January 2nd, 2007 by aiglon

26 grudnia, Warszawa, Canon

Niektóre rzeczy nie są takie, na jakie wyglądają. Czasem w ogóle nie są, czasem ich egzystencja jezt zbliżona do pomarańczowych prześcieradeł na kształtach niecenzuralnych. Chwilami bywa zaskakująca obecność dookoła embrionów wrażliwości pośredniej i snu osnowego. Czasem zaś przyjmuje się ją zwyczajnnie i po prostu, że - tak bywa.

polish girls portraits 3

Posted in photos on January 2nd, 2007 by aiglon

31 grudnia, Warszawa, Canon

Cyklu częśc trzecia czyli Asia w spojrzeniu kocim i sylwestrowo drapieżnym. Kawa z podróżami przy pierwszym łyku nie wchodziła dobrze, ale później poszło nieźle jak widzę i słysze dnia następnego.

konkurs z nagrodami

Posted in photos on January 2nd, 2007 by aiglon

31 grudnia, Warszawa, Canon

Uwaga! Konkurs z nagrodami dla wiernych oglądaczy limbo! Z udziału wyłączone są osoby widoczne na zdjęciu oraz na zdjęciu niewidoczne także. Pytanie konkursowe brzmi - NA CO PANNY LASKI WSKAZUJĄ? Podpowiedzią numer jeden jest pytanie - co Kama ma na brzuszku :-)
Nagrody będą przyznane oficjalnie i według regulaminu totolotka.

polish girls portraits 2

Posted in photos on January 2nd, 2007 by aiglon

31 grudnia, Warszawa, Canon

Następne w cyklu czyli Asia w fazie kontemplacji fazy Beyonce oraz rozmów na temat braku majtek Briney Spears podczas wyłaowywania się z limuzyny. Pop kultura wdziera się wszędzie. Na nowym mieszkaniu - zapomniałam dodać. GardenStreet wita.

trocks part two

Posted in photos on January 2nd, 2007 by aiglon

18 listopada, Warszawa, Canon

Mężczyźni w baletkach, mężczyźni w rajtuzach. Szesnastu przyjechało w tym osiem małzeństw. Nic złego nie kwakało na sali. Poza nią także.