duty
Posted in photos on February 19th, 2008 by aiglon

16-17 luty 2008, Kraków, Canon
Czyli obowiązek wycieczkowy, znaczy się wydać stówę na dorozkę. Przynajmniej nie jest to runda dookoła rynku.


16-17 luty 2008, Kraków, Canon
Czyli obowiązek wycieczkowy, znaczy się wydać stówę na dorozkę. Przynajmniej nie jest to runda dookoła rynku.


16-17 luty 2008, Kraków, Canon
Namolne bydlaki. I wybredne.

16-17 luty 2008, Kraków, Canon
Dobra, przyznam się. Mam lek wysokości. Specyficzny. Odzywa sie tylko czasem. I to czasem zawsze jest na szycice katedry Wawelskiej, zaraz po pomacaniu Dzownu Zygmunta. Odstawiłam histerie jak zwykle, że ja nie zejdę, że niech mnie ktoś zniesie, a najlepiej zabije, albo oślepi. Wszystko oczywiście w wąskim, drewnianym korytarzu z pochrząkującymi znacząco innymi zwiedzającymi. Zeszłam w końcu, sama nie wiem jak i czemu, ale zeszłam.Pewnie dlatego, że skonczyły się schody.
Pewnie nastepnym razem jak będe w Krakowie, też wejdę, żeby sprawdzić, czy mi przeszło.
Pewnie nie przejdzie. Taki lajf.

16-17 luty 2008, Kraków, Canon
Z nowym Nickonem.








16-17 luty 2008, Kraków, Canon
Podsumowanie - na zewnątrz -15, pod ziemią +15. 780 schodów. W dół. Winda boska. Ciemno. 3 poziomy, Mnóstwo dziwnych gadżetów. Lizanie ścian i nie tylko ścian. Górnicze manekiny i makabrycznie drogi wjazd. Bołby na tyle. Veni, Vidi….Survive? ;-)




16-17 luty 2008, Kraków, Canon
Takie tam różne pocztówkowe.


16-17 luty 2008, Kraków, Canon
Nie było pustawo. Bardzo nie było pustawo. W nocy. Na rynku i w okolicach.







16-17 luty 2008, Kraków, Canon
Mały wypad do Krakowa. Jak widać. To ostatnie to Wieliczka, ale pasowało mi tematycznie. Musze opisywać zdjęcia? Nie? Dziękuję.



25 stycznia 2008, Warszawa, Canon
Nigdy nie przepadałam za Harrym Potterem. Ot, książka całkiem fajna, wolałam pierwsze tomy, niejako standalone, nastepne były już komplikacjami stricte sagowo-serialowymi, ja jednak wole rycerzy, smoki i intrygi dworskie, więc zachwycona nie byłam, nadto uważam, że Narnia wielkim dziełem jest i tyle. Pottera jednak przyjemnie mozna było poczytać, to i czytałam. Zapewne wrócę jeszcze do cyklu, bo lubie wiedzieć co ogladam w kinie. Tak czy inaczej, postanowiłam sie z bliska przyjżeć histerii jaka opanowała młodzież i nie tylko w noc premiery ostatniego tomu. No to sie przyjżałam.

5 stycznia 2008, Warszawa, Canon
Przeszłam na dietę. Camridge Diet konkretniej. Myślałam, że zwariuję. 21 dni myślenia o jedzeniu i tylko o jedzeniu. 21 dni zawrotów głowy, rzucania kurwami i picia tylko i wyłącznie zupek i koktajli. 21 dni marzenia o jabłku albo ogórku kwaszonym. 21 dni liczenia dokładnie każdego billboarda przedstawiającego żarcie występującego na mojej drodze do pracy. Efekt - 12 kg.
Cóż… ;-)

18 stycznia 2008, Warszawa, Canon
Taki tam spacerek.



6 stycznia 2008, Warszawa, Canon
Pamiętam, że byłam na odsłonięciu. Z babcią. Sanitariuszką z Parasola. Nie podobało jej sie wtedy. Mówiła, że postacie za cięzkie, mało foremne. Ostatnio zmieniła zdanie. I dobrze.




5 stycznia 2008, Warszawa, Canon
Tak mi sie zdarzyło, że mieszkam tuż przy granicy wielkiego getta żydowskiego. Nie wiedziałam o tym. Ot, przeprowadzka, nastepne mieszkanie. Tylko czemu codziennie, lub przynajmniej pare razy w tygodniu przy mojej ulicy - która naprawdę niczym się nie wyróznia, zatrzymuje się kilka autobusów z balchami Izraela? Do tego cały tłum wypadających z nich ludzi, ubranych w jarmułki pedzi do wejścia na podwórko, nad którym widnieje szyld “wypozyczalnia sukien ślubnych”. Obok jest zegarmistrz i sklep z bateriami. Wszystko. Żadnej informacji.
Więc weszłam w rzeczone podwórko. I tuz obok śmietnika wyczaiłam maleńką tabliczkę z napisem “Miejsce Pamięci”, a zaraz potem trzy kroki i zachowana ostatnia ściana getta….
Zero oznaczeń. Zero. Rewelacja ;-/
A wrażenie to wszystko robi. Przygnebiające. Wspomnieniowe. Żywe.
I schowane, jak symbolicznie, między śmietnikiem, a piwnicą. Przykre.
W ramach bonusu - okolice.